sobota, 3 sierpnia 2013

ROZDZIAŁ 2.




        9.01 Nie spałem całą noc. Nie mogłem. Gdy zamykałem oczy od razu widziałem Samantę, Louisa, Księżyc... MASAKRA!To wszystko mieszało mi się. Louis jako Brudny Anioł. Co to w ogóle było?! Brudny Anioł. Te dobre robią dobrze rzeczy, te ciemności złe... A BRUDNE?! Czym one się różnią?!
Ale jest też opcja, że Samanta kłamała. Ale... Po co? Po co miałaby kłamać? Nie zna mnie, czego mogłaby ode mnie chcieć? Co dałoby jej to, że mnie okłamała? Nie wiem... Za dużo tego wszystkiego na raz.


       10.34 Idę na dół. Muszę się ogarnąć. Wstałem i ruszyłem na dół po schodach. Byłem już w ich połowie gdy usłyszałem muzykę. Dobiegała z dołu. Chwyciłem wazon z półki. To mógł być włamywacz. Spokojnie Harry. Jebniesz mu w głowę, później dzwonisz na policję. Zacząłem powoli schodzić w dół. A jeśli on ma broń?! To rzucisz wazonem! No! A jeśli jest ich dwóch?! Oj dobra!
Zszedłem na dół i poczułem się jak w filmie akcji. Emocje, broń, włamanie... Czad! Z drugiej strony... WŁAMANIE! Harry wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech...
-Rodzisz?- usłyszałem głos za sobą i krzyknąłem z zaskoczenia i rozbiłem wazon o ścianę.Odwróciłem się szybko i próbowałem nie dostać zawału.
-Wszystko ok?-spytał Louis z rozbawieniem w głosie. Taaa! Jego to śmieszy a ja tu walczę z zawałem!
-Co Ty tu robisz?! Włamałeś mi się do domu?!
-Nie. Okno było otwarte-Odpowiedział z szerokim uśmiechem i pokazał na rozbite okno w kuchni.
-Co?!Rozjebałeś mi okno!!!-stanąłem przed rozbitym oknem w kuchni. Wyglądałem pewnie jak idiota. Stałem z głupią miną, za długich spodniach od piżamy nad szkłem w kuchni.
-Skleimy!- Podszedł do mnie Louis z taśmą klejąca w ręku.
-Czy Ty?! Co Ty?! UGGGGHHHHHHHHHHHHH!!!- Siadłem zdenerwowany na podłodze.
-Harryyyy... Ale mam coś dla Ciebie...- Popatrzyłem na Louisa.
-Rozwaliłeś kanapę w salonie?
-Nie...
-Lampę?
-Niee...
-Plazmę?!!
-Nie! Mam dla Ciebie to- Wyciągnął z kieszeni pudełeczko i klękną koło mnie.
-Oświadczasz mi się?
-NIE!-odpowiedział przewracając oczami.- To łańcuszek.- Podał mi pudełko. Otworzyłem je i zobaczyłem cieniutki łańcuszek a na nim srebrne skrzydło. Popatrzyłem z uśmiechem na Lou.
-Jest piękny.- Dotknąłem delikatnie skrzydła.
-Daj zapnę Ci go.-powiedział i wiją łańcuszek. Obróciłem się tyłem a Louis zapiął wisiorek.
-Dziękuję Ci ale z jakiej to okazji?
-Z żadnej. Nie masz nic ode mnie więc proszę.-uśmiechnął się szeroko patrząc mi w oczy.
-Dziękuję.- Wstałem z podłogo a Louis za mną. -Napijesz się czegoś?
-Nie. Ja i tak już muszę iść. Wpadłem tylko po to by Ci to dać. Teraz muszę iść- Uśmiechnął się lekko zaklopotany.
-Aha. No ok.
-To ja już pójdę.-powiedział, przytulił mnie i wyszedł z prędkością światła przez rozbite okno.


     Gdy skończyłem sprzątać było już po 17.00. W końcu mogłem siąść przed telewizorem i trochę się poobijać. Wziąłem pilota i rozłożyłem się na kanapie przed plazmą. Nagle poczułem ciepło na szyi. Popatrzyłem na wisiorek. Świecił i robił się coraz cieplejszy. Próbowałem zerwać go z szyi bo zaczynał mnie parzyć. Zerwałem go i rzuciłem na podłogę. Cholera! Co jest?! Stałem nad łańcuszkiem który zaczynał palić się żywym ogniem. Chciałem cofnąć się do tyłu gdy wpadłem na coś. Znieruchomiałem. Wiedziałem, że nic tam nie mogło stać a ściana jest jakieś dwa metry dalej. Powoli odwróciłem się do tyłu.
-Cześć!
-Samanta?1 Co Ty tu robisz?!- Cofnąłem się do tyłu.
-Przyszłam zobaczysz czy jeszcze żyjesz śmiertelniku.- Przeszła w koło stołu- Co to?- Spojrzała na wisiorek na podłodze, który po prostu sobie leżał.  Popatrzyłem zdziwony.
-Emm... Prezent od Louisa.-odpowiedziałem zdenerwowany.
-Zaczyna się.
-Co się zaczyna?
-On Cie zabija. A Ty jesteś taki naiwny. Na prawdę chcesz umrzeć?-  Podeszła do mnie bliżej i popatrzyła mi w oczy.- Uciekaj póki nie jest za późno. -Szepnęła do mojego ucha a mnie przeszedł dreszcz. Postanowiłem zebrać się na odwagę.
-Skąd możesz to wiedzieć?- Samanta popatrzyła się na mnie zimnym wzrokiem.
- Nieważne.
-Ważne!
-Nie.- Odwróciła się i ruszyła przed siebie. Podbiegłem do niej i chwyciłem jej dłoń.
-Stój! Skąd to wiesz?!- Podniosłem głos i pożałowałem tego. Nagle Samanta znalazła się tuż za mną wbijając paznokcie w moje ramiona. Syknąłem cicho z bólu.
-Wiem bo wiem. A Ty piękny nie musisz wiedzieć!-wysyczała mi do ucha i cisnęła o ścianę. Zsunąłem się z niej powoli na podłogę zaciskając zęby z bólu. Czułem, że mnie zatyka. Spojrzałem na rudowłosą kobietę,  która wpatrywała się we mnie z uśmiechem.
-Nadal chcesz wiedzieć Harry?-powiedziała i unosząc się nad ziemią zaczęła zbliżać się do mnie. Chciałem wstać ale żebra bolały mnie tak, że ledwie co oddychałem. Syknąłem z bólu a Samanta zaczęła się głośno śmiać.
-Jesteś taki słaby. Szkoda mi Cię cukiereczku.- Przyklęknęła przy mnie. Spojrzałem na nią i dopiero wtedy zobaczyłem, że jest... piękna. Jej włosy delikatnie falowały jak na wietrze, choć wiatru nie było. Oczy szklisto zielone były jak blizny na białej twarzy. Były one jedyną "żywą" częścią jej ciała. Podciągnąłem się powoli opierając na rękach.
-Szkoda?-wyszeptałem.
-Tak, szkoda.
-Tobie? Szkoda? Przed chwilą rzuciłaś mnie o ścianę! I jest Ci mnie szkoda?!-krzyknąłem. Wpatrujące się we mnie oczy Samanty zaczęły robić się czerwone. Wstała i za koszulkę uniosła mnie do góry tak, że stopami nie dotykałem podłogi.
-Nie będziesz na mnie krzyczał człowieku!- Cisnęła mną przez salon i wylądowałem na podłodze w kuchni. Zacisnąłem pięści i podniosłem się na nogi. W ustach czułem metaliczny posmak krwi. Odetchnąłem głęboko i poczułem, że zaczyna kręcić mi się głowie. Zamrugałem szybko. Popatrzyłem na Samantę, która stała na środku salonu.
-Chcesz jeszcze krzyczeć?-zapytała zimnym tonem, który przyprawił mnie o gęsia skórkę. Pokręciłem przecząco głową. Samanta stanęła przede mną. Nawet nie wiem kiedy. Uniosła rękę. Wiedziałem, że chce mnie uderzyć. Zamknąłem oczy. I nagle poczułem powiew wiatru. Otworzyłem je raptownie i zobaczyłem Louisa trzymającego Samantę przy ścianie.
-Zostaw go!-krzyknął przyciskając ją mocniej do ściany.
-Puść mnie.-wysyczała rudowłosa szarpiąc się. Lou puścił ją cofając się do tyłu. Samanta zjechała po ścianie.
-Nic Ci nie jest?-powiedział Louis nie patrząc na mnie.
-Chyba nie...-odpowiedziałem opierając się o blat. Skłamałem trochę. Czułem, ze zaraz zejdę. Louis podszedł bliżej Samanty.
-Idź stąd już.
-Nie możesz mi rozkazywać.-powiedziała wstając z ziemi.
-Idź.-odpowiedział Louis przybliżając się do niej.
-Kiedyś mnie kochałeś.-wyszeptała. Gdy to usłyszałem zaparło mi dech.
-Idź stąd!-krzyknął Louis popychając Samantę na ścianę.
-Kochałeś a później zabiłeś- ciągnęła. - Zabiłeś! Słyszysz Harry! Zabił mnie. Stąd to wiem. Mówił mi słodkie rzeczy a później dał mi to.- Wskazała na łańcuszek na podłodze.- Płonął ogniem co noc na mojej szyi. Uciekaj póki masz czas. A uwierz... Jest go mało.-wypowiedziała ostatnie zdanie ledwo słyszalnym głosem i zniknęła. Stałem jak głupi i gapiłem się przed siebie. Louis odwrócił się do mnie.
-Harry...
-Ciii...-przerwałem mu.- Bądź cicho. Ja... ja muszę iść.- Odsunąłem się od blatu i ruszyłem w stronę schodów gdy nagle zakręciło mi się w głowie. Zatoczyłem się do tyłu i poczułem ręce na plecach.
-Poczekaj. Zaniosę Cię.-powiedział Louis biorąc mnie na ręce. Chciałem coś powiedzieć, zaprotestować ale ogarnęła mnie ciemność a powieki same się zamknęły. Usłyszałem tylko ściszony głos Louisa:
- Kocham Cię.




























środa, 10 lipca 2013

ROZDZIAŁ 1.



          Nie wychodziłem tydzień z domu. Sam nie wiem czemu. Bałem się Go? Bałem się spojrzeć w Jego nienaturalnie niebieskie oczy? Bałem się Jego dotyku? Sam już nie wiem... Codziennie odbierałem tysiące wiadomości "Wyjdź już.", "Nie musisz się mnie bać", "W Niedzielę do Ciebie przyjdę". Wszystkie od Niego.
Spojrzałem na kalendarz i zegarek na ścianie. Niedziela. Godzina 12.32.
-Co tak się gapisz w tą ścianę?-usłyszałem głos w oknie za sobą. Automatycznie się wyprostowałem i wstrzymałem powietrze. Powoli odwróciłem się. Stał na parapecie. Jego włosy rozwiewał wiatr a błękitne oczy wpatrywały się we mnie. Był ubrany w czarną , wyciśniętą bokserkę i czarne spodnie. Patrzyłem na Niego nie mogąc odwrócić wzroku i zdałem sobie sprawę, że koło okna nie ma drzewa po którym Lou mógłby wejść a jesteśmy na drugim piętrze.
-Jak się tu dostałeś?-powiedziałam spuszczając z Niego wzrok.
-Od czego ma się skrzydła.-uśmiechnął się i zeskoczył na podłogę. Przeszedł się po pokoju i siadł przede mną na podłodze.
-Co się dzieje?-popatrzył na mnie z powagą na twarzy. W słabym świetle jego policzki były lekko zapadnięte a rzęsy ciemniejsze. To sprawiało, że Jego oczy były jak bezchmurne niebo.
-Ty się dziejesz.-powiedziałem i przetarłem twarz dłońmi wypuszczając głośno powietrze. Louis pochylił się do przodu i popatrzył mi w oczy.
-Boisz się mnie. Ale czemu?-patrzył na mnie pytającym wzrokiem.
-Jesteś Aniołem... -odpowiedziałam i spuściłem wzrok.
-I co z tego?
-I co z tego?! Ty się słyszysz?!
-Tak. To nie robi różnicy.  Mam uczucia. Przecież nie zrobię Ci krzywdy, wiesz o tym prawda?-powiedział i ukląkł przede mną  na dwa kolana. Choć ciągle patrzyłem w podłogę i  nie widziałem go, wiedziałem, że patrzy na mnie tymi dużymi, zaszklonymi oczami.
-Powiedz, że wiesz.-uniósł głos.-Powiedz, że wiesz! Słyszysz?!- Podniosłem głowę i popatrzyłem na Niego.
-Nie wiem.-odpowiedziałem a Lou chyba nie spodziewał się tej odpowiedzi. Zrobił wielkie oczy i wpatrywał się we mnie z niedowierzaniem.
-Harry...-wyszeptał ledwie słyszalnym głosem.-Przecież ja...-urwał.
-Ty co?-siliłem się na spokojny ton ale wyszedł bardziej zdenerwowany.
-Kocham Cię...-wyszeptał i spuścił wzrok. Patrzyłem na Niego nie mogąc uwierzyć, że to właśnie powiedział. Nigdy żaden z nas nie powiedział tego w prost. Wiedzieliśmy, że tak jest ale nie potrafiliśmy tego powiedzieć. Powoli zsunąłem się z łóżka siadając na podłodze. Dotknąłem Jego podbródka zmuszając do spojrzenia mi w oczy.
-Lou...-wyszeptałem.
-Tak?
-Kocham Cię.- Louis patrzył na mnie wielkimi, błyszczącymi oczami.
-Powiedziałeś to.-uśmiechnął się.
-Tak, wiem.-odwzajemniłem uśmiech. Louis przysuną się do mnie i wtulił się w moje ramiona. Objąłem go i przytuliłem mocno do siebie.
-Teraz już wiesz?-powiedział Lou lekko odsuwając się ode mnie by spojrzeć mi w oczy. Uśmiechnąłem się.
-Tak, wiem.-odpowiedziałem bez zastanowienia. Byłem pewien odpowiedzi. Louis uśmiechną się słodko i ujął moją dłoń splatając nasze palce. Patrzyłem uważnie na każdy Jego ruch. Przysunął się do mnie. Był mnie tak blisko, że nasze nosy się dotykały. Przyłożył swoje czoło do mojego.
-Kocham Cię...-wyszeptał i przyłożył swoje wargi do moich. Poczułem jak nagłe ciepło rozchodzi się po moim całym ciele. Zamknąłem oczy chcąc zatrzymać tą chwile na zawsze.  Błądziłem dłońmi po Jego plecach i zatrzymałem je na wysokości jego łopatek gdy poczułem, że coś mnie w nie parzy. Zabrałem szybko dłonie z pleców Lou. Gdy na nie spojrzałem były całe czerwone i straszne piekły. Louis odsuną się ode mnie i patrzył na moje dłonie.
-Co to było?!- Patrzyłem na Niego zdziwiony.
-Dotknąłeś moim skrzydeł.-powiedział i zaczął oglądać moje dłonie.-Trochę się sparzyłeś.
-No co Ty?!-powiedziałem z teatralnym zdziwieniem. Lou uśmiechnął się i pocałował moje dłonie. Ból ustąpił. Popatrzyłem na Niego zdziwiony.
-Jak Ty to?
-Normalnie. Dobra. Mam dla Ciebie małą niespodziankę. Chce Cię z kimś zapoznać.
-Z kim?
-Ahaa! Zobaczysz! Ale jedziemy do mojego mieszkania, dobra?
-No dobra.-powiedziałem dość nie pewnie.
-Zbieraj się. Czekam na dole.-odpowiedział, pocałował mnie w policzek i wyskoczył przez okno.

       Po 20 minutach byliśmy przed starym budynkiem. Na samą myśl, ze mam tak wchodzić przeszedł mnie dreszcz. Nie miałem zbytniej ochoty przechodzić tymi korytarzami, patrzeć na krwisto czerwone ściany i mijać czarne, tajemnicze drzwi.Ale cóż...  Musiałem.
       Gdy weszliśmy do budynku i  ruszyliśmy schodami na piąte piętro.
-To bardzo miła postać.-powiedział Lou gdy dochodziliśmy do jego mieszkania.
-To dobrze.- Dotarliśmy do 113. Louis przekręcił klucz w zamku i otworzył drzwi. Wszedłem do środka i zobaczyłem rudowłosą kobietę z okna. Znieruchomiałem. Gapiłem się na nią nie mogąc się ruszyć. Louis staną między nami.
-Samanta to Harry. Harry to Samanta. Moja sąsiadka z naprzeciwka.-oznajmił z szerokim uśmiechem. Samanta patrzyła na mnie i uśmiechnęła się widząc mój lekki paraliż.
-My się już znamy z Twoim miłym kolegą.-odpowiedziała a mnie przeszły ciarki widząc jej jeszcze większy uśmiech.
-To dobrze. Pójdę zrobić herbaty.-powiedział radośnie Louis i zniknął w kuchni zostawiając nas samych. Samanta odwróciła się do okna a ja wypuściłem długo wstrzymywane powietrze. Zapadła cisza. Powtarzałem sobie w głowie "WYLUZUJ SIĘ!" ale za bardzo to nie pomagało.
     Nagle rudowłosa kobieta znalazła się tuż przy moim uchu. Znów znieruchomiałem. Biło od niej zimno, mocne zimno. Aż poczułem, ze robi mi się gęsia skórka. Jej włosy i suknia falowały choć nie było wiatru.
-On nie jest człowiekiem.-wyszeptała lodowatym głosem, który rozbrzmiewał echem w mojej głowie.
-Wiem.-odpowiedziałem cicho.
-Nie rozumiesz. Nie jest też tym za którego go uważasz. Pod jego skórą kryje się więcej sekretów niż tylko skrzydła.
-O czym Ty mówisz?!
-Ciii... Śmiertelniku. On nie jest tak czystym Aniołem na jakiego wygląda. Choć jego usta są miękkie a słowa słodkie, serce jest twarde i gorzkie. Nie zmienisz tego. On jest wielki. A ty... Jesteś ziarenkiem piasku w morzu ludzi między światami. On może mieć wszystko. Dlaczego miałby wybrać Ciebie? No pomyśl. Zwykłego śmiertelnika, który nawet nie żyje wiecznie.- Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Po prostu stałem a myśli w mojej głowie biły się ze sobą. Samanta odsunęła się ode mnie i popatrzyła w moje oczy.
-Kochasz go... I to będzie największy błąd Twojego życia.
-Czemu?- Musiałem zapytać. Samanta do tchnęła mojego policzka zimna dłonią. Poczułem jakby chłodny wiatr musną mój policzek.
-Jesteś piękny. Za piękny by zginąć.
-Co masz na myśli?!
-Nie przeżyjesz tej miłości. Ta miłość Cię zabije. On Cię zabije...-powiedziała i nagle zniknęła. Rozejrzałem się po salonie. Nie ma jej.
-Gdzie Sam?- Usłyszałem za sobą głos Louisa.
-Wyszła-odpowiedziałem nie odwracając się do Niego.
-Szkoda. Mamy dobrą herbatkę.- Słyszałem za sobą stukot filiżanek z herbatą. Spojrzałem w okno na przeciwko. Stała w nim i patrzyła na mnie. Usłyszałem głos w mojej głowie: " Czysty Anioł ma na nadgarstku napis: WHITE, Ciemny Anioł ma napis: BLACK a brudny Anioł ma Księżyc. Sprawdź Jego idealną dłoń."
Popatrzyłem na Lou podnoszącego akurat filiżankę do ust ukazując nadgarstek... KSIĘŻYC... 




Nowy rozdział.
Jego długość może przerażać ;p

Dziękuję za przeczytanie i liczę na Twoją opinię w komentarzu x
                                                       
                                                               Dziękuję ♥











środa, 26 czerwca 2013

PROLOG

     Korytarz ciągną się w nieskończoność. Co krok wydawał się coraz dłuższy i ciemniejszy. Oświetlały go tylko świece na świecznikach przykręconych do ścian. Ściany były krwisto czerwone a drzwi pokoi czarne ze złotymi klamkami. Po podłodze prowadził mnie czerwono-złoty, wąski dywan. Skrzypienie desek pod moimi nogami roznosiło się echem po budynku.
     Idąc myślałem czy dalej jestem w XXI wieku! Świece, drewniana podłoga?! Co jest?! Jak można tu mieszkać?! Zimno , ciemno! No kurde! Ale dobra. Kto co lubi. Zostałem tu zaproszony przez bardzo ważną dla mnie osobę, więc muszę się opanować.

     Doszedłem do końca korytarza i zobaczyłem je. Czarne, ciężkie drzwi mieszkania 113. Rozejrzałem się  i zobaczyłem za sobą lustro. Odwróciłem się. Przeczesałem dłonią kręcone włosy, poprawiłem kołnierz koszuli i podciągnąłem spodnie. Dobra, jakoś wyglądam. Gdy z powrotem odwróciłem się do drzwi, serce zaczęło mi łomotać w piersi. Wziąłem głęboki wdech i zapukałem do drzwi. Nie minęło dobrze  5 sekund  i drzwi się otworzyły a w nich stanął On. Był w białej koszuli, czarnej marynarce, granatowych spodniach i białych trampkach. Uśmiechnął się do mnie a jego oczy zalśniły pełnia błękitu.
-Cześć. Wejdziemy czy będziesz mnie tak lustrował? -powiedział przywracając mnie z powrotem na ten świat.
-Tak- odpowiedziałem lekko zmieszany i zawstydzony. Gdy przeszedłem przez próg zobaczyłem wielki salon. Na jego środku stał stół, nad nim wisiał kryształowy żyrandol. Odbijał blask padający z ogromnych okien przysłoniętych lekko czerwonymi zasłonami. Jedyne słowa jakie naszło mi na myśl to: O KURWA!
-To coo? Zasiadamy? -powiedział Louis wskazując ręką na nakryty zastawą stół.
-No jasne. Tak w ogóle to masz bardzo ładne mieszkanie- trochę skłamałem bo mnie przerażało.
-Nie kłam żeby zrobić mi przyjemność, dobrze? Wiem, że to miejsce Cię lekko mówiąc zadziwia. Ale rozumiem.- powiedział i uśmiechną się szeroko. Pierwsza moja myśl: Skąd On to wiedział?! Powiedziałem coś na głos?!Dobra. To dziwne.
-Usiądź a ja pójdę po przystawki.-odparł i znikną w kuchni.

   Za 10 min. przyniósł przystawki, zaraz danie główne i deser. Gadaliśmy, żartowaliśmy i nawet nie wiem kiedy minęły 3 godziny. Na zewnątrz robiło się ciemno.
-Muszę Cię opuścić na chwileczkę bo duża ilość soku zmusza mnie do pójścia do łazienki.
-Hahah. Dobra idź-powiedziałem  a Louis opuścił mnie ze szczerym uśmiechem.
    Gdy nie było go dłuższą chwilę, podszedłem do jednego z okien. Zobaczyłem budynek i centralnie na przeciwko było okno. Patrzyłem w nie i nagle pojawiła się kobieta. Była blada i miała czerwone oczy. Patrzyła na mnie a ja na nią. Chciałem odwrócić wzrok ale po prostu nie mogłem. Rudowłosa kobieta otworzyła okno i stanęła na parapecie nie spuszczając ze mnie wzroku. Była w białej, zakrwawionej piżamie. Nie wiedziałem co mam robić. Ona chyba chciała wyskoczyć. Chciałem zawołać Louisa ale nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku.  Kobieta zrobiła krok w przód i skoczyła. Wychyliłem się pośpiesznie żeby zobaczyć co z nią się stało ale gdy popatrzyłam w dół... Nic nie było...
-Co robisz?-usłyszałem nagle głos za sobą i krzyknąłem. Louis popatrzył się na mnie jak na wariata. Zrobiło mi się głupio.
-Yyy... W-w-wyglądam przez okno. -odpowiedziałem próbując uspokoić głos.
-Tam nie ma nic ciekawego. Choć, dokończymy deser.- Złapał mnie za ramię odwracając od okna. Ostatni raz spojrzałem w okno. Stała w nim. Odwróciłem szybko wzrok.

  Gdy wybiła 23.00 postanowiłem się zbierać. Na zewnątrz panował mrok.
-Muszę już iść. -powiedziałem do Louisa.
-Ok.-odparł z lekkim zawiedzeniem w głosie. Patrzył na mnie gdy ubierałem płaszcz. -Harry?
-Tak?
-Może Cię podwieźć, co?
 -Nie. Przejdę się.- odpowiedziałem z grzeczności. Bo szczerze mówiąc nie miałem ochoty na spacer ta ciemna dzielnicą.
-Nie musisz nią spacerować. Podwiozę Cię. Tak dla bezpieczeństwa. Idę po kluczyki.-odpowiedział i znikł w pokoju obok. On czyta mi w myślach czy co?!
 Czekając na Lou, który szukał kluczyków rozejrzałem się jeszcze raz po salonie. Dostrzegłem pewną istotną rzecz której przedtem nie dostrzegłem. Na ścianie wisiały dwa duże sztylety. Na jednym z nich widniał napis: ANGEL
-Idę się jeszcze przebrać. Bo wyglądam jakbym wracał ze stypy.-krzykną Louis. Odwróciłem się i zobaczyłem, że drzwi pokoju są uchylone.  Podszedłem cicho. Zerknąłem do środka. Zobaczyłem Louisa. Stał bez koszulki plecami do mnie. Na plecach miał tatuaż- Skrzydła. Nie mogłem oderwać od niego oczu gdy nagle z tatuażu wyrosły prawdziwe skrzydła. Zamarłem. Automatycznie wstrzymałem powietrze. Louis zaklął po cichu i skrzydła znikły. Szybko odszedłem od drzwi i stanąłem na wycieraczce. Schowałem pośpiesznie ręce do kieszeni płaszcze żeby nie było widać jak bardzo się trzęsą. Louis wyszedł z pokoju jak nigdy nic, ja też starałem się zachowywać normalnie choć w mojej głowie było pełno myśli.

  Przez drogę nie odzywaliśmy się do siebie. Gdy samochód zatrzymał się na podjeździe mojego domu wypuściłem głośno powietrze.
-Jesteśmy- oznajmił Lou gasząc samochód.
-Mhm.
-Dziękuję, że przyszedłeś. Świetnie się z Tobą bawiłem Harry.
-Ja z Tobą też. -odpowiedziałem i posłałem mu uśmiech patrząc prosto w o czy.-Dobra. Do jutra.
-Do jutra-odpowiedział i przytulił mnie na pożegnanie. -To co widziałeś dzisiaj... To nie było normalnie, wiem... Ale wszystko Ci kiedyś wyjaśnię. Może jutro. Dzisiaj juz nie ma czasu.-wyszeptał mi do ucha. Przeszedł mnie dreszcz. Odsunąłem się powoli od niego i popatrzyłem w jego nie naturalnie niebieskie oczy.
-Ty jesteś...
-Tak. Aniołem. Czytam w myślach, wchodzę do snów, zabijam zło... Ale jutro to wszystko wyjaśnię.-powiedział. Wysiadłem z auta.
-Louis...
-Idź już. Może Ci się przyśnię.-powiedział z uśmiechem. Zamkną za mną drzwi i odjechał.




  Hej.
Na razie Prolog. 
Mam nadzieję, że się spodoba :) .